Refleksje ze Wschodniej Polski – Aleksandra Gulińska

Kilka uwag na temat pracy z pamięcią.

To było w 2006 lub 2007 roku, w sporej wielkości mieście w zachodniej Polsce. Pamiętam, że stałam przed ludźmi w Domu Kultury i opowiadałam o tym co robię na co dzień – o “trudnej” pamięci zbiorowej, konfliktach etnicznych, o tym, jak trudno jest czasem przepracowywać temat mniejszości, w sytuacji kiedy tych mniejszości już u nas nie ma. Także o roli Historii Mówionej w tego typu pracy. Ludzie zadawali pytania, dyskutowali, na koniec bili brawo. Po spotkaniu podeszły do mnie dwie organizatorki. Pochwaliły moje wystąpienie, jednak stwierdziły,  nie do końca rozumieją co chciałam im przekazać. Szczególnie nie rozumiały, co miałam na myśli mówiąc o “nieobecnych” mniejszościach. – U nas to są wszyscy – po wojnie przyjechali Polacy, potem przesiedlono Łemków i Ukraińców, pojawili się Tatarzy, najpierw w taborach, a potem na stale – Romowie. Zostało też trochę Niemców. Widzi pani – u nas nie ma kłopotów ani  z mniejszościami, ani z pamięcią ! – argumentowały.

Zaskoczyło mnie to – oczywiście, nie wszędzie historia lokalna i co się z tym wiąże jest taka sama jak na „mojej” Lubelszczyźnie. To oznacza, że nie wszystkie wypracowane narzędzia da się tak łatwo przenieść do regionów z zupełnie innym doświadczeniem. Łatwo przekonać się,  jak silną mamy tendencję,  by nasze lokalne zbiorowe doświadczenie utożsamić z jakimś “ogólnopolskim” – na wsiach są kościoły katolickie, w miasteczkach – pożydowskie synagogi, nasza rodzina mieszka we wsi od pokoleń….

Odniosłam też wrażenie, że rozmówczyni zbyt optymistycznie podeszła do zagadnienia mniejszości na Ziemiach Zachodnich. Miałam już wtedy w pamięci wypowiedź jednego z Łemków, który w wyniku Akcji “Wisła” znalazł się na Dolnym Śląsku:

Moją rodzinę wywieźli pod Wrocław; tam się urodziłem. Opowiadano mi, że kiedy Łemkowie wychodzili z wagonów, cała wieś, sami zabużacy, wyszła na drogę, z kosami, z widłami, ze szpad-lami. Wcześniej UB zrobiło we wsi zebranie, powiedzieli: przywozimy wam hajdamaków, dobrze ich pilnujcie. Sołtys w krzyk: zrobią nam drugi Wołyń, wojsko strzelało na postrach, bo byłby pogrom. Ja sam dowiedziałem się, że jestem ukraińskim bandytą, gdy kolega w klasie walnął mnie kamieniem w głowę. Po latach, gdy wszystko się uładziło, mama powiedziała najbliższej sąsiadce: tak baliśmy się was, że przez trzy lata z siekierami spaliśmy. A ona: a my was tak, że przez pięć.[1]

Co to wtedy dla mnie oznaczało? Być może, że może mieszkańcy Ziem Zachodnich także mają kłopot z niektórymi aspektami swojej historii?               Takie właśnie było moje pierwsze spotkanie z “Zachodem”.

Na Wschodzie

Jako Stowarzyszenie Homo Faber właściwie od początku istnienia zajmujemy się zbieraniem historii i opowieści ludzi – na temat ich najbliższego otoczenia, wspomnień związanych z ich rodziną czy wsią. Kilkoro członków Homo Faber pierwsze szlify zdobywało pracując w Ośrodku “Brama Grodzka – Teatr NN”, zajmującym się historią Żydów w Lublinie i na Lubelszczyźnie, pozostali – poznawali warsztat podczas letnich wypraw rowerowych wzdłuż wschodniej granicy Polski.

Jednym z powodów zbierania wspomnień była dla nas ciekawość tych historii, które są zasadzie nieobecne w głównym nurcie narracji dotyczącyej XX wieku w Polsce. Specyfika XX wieku (w tym – pojawienie się  nacjonalizmów w swojej skrajnej postaci) oraz zainteresowania członków i członkiń stowarzyszenia (skupione wokół kwestii międzykulturowych), spowodowały, że głównym obszarem tematycznych zbieranych wspomnień stały się mniejszości (narodowe, etniczne, religijne) oraz ich relacje ze społeczeństwem większościowym. Staraliśmy się docierać do jak najmniejszych wsi, pytać o wydarzenia, których nie ma w podręcznikach szkolnych – jak burzenie cerkwi prawosławnych w 1938 roku czy tożsamość “tutejszych” na pograniczu polsko-ukraińsko-białoruskim. Ze zdziwieniem odkrywaliśmy, że dla wielu ludzi historia XXw. wygląda zupełnie inaczej niż ta znana ze szkoły czy mediów. W ich pamięci ubiegły wiek rozgrywał się w następujący sposób: życie na wsi w ukraińskiej społeczności przed wojną, zburzenie  cerkwi w 1938 roku, wywózka w ramach Akcji “Wisła”, powrót w rodzinne strony. Albo idąc dalej na południe: życie na wsi przed wojną, konflikt z Polakami w latach 40., napływające z sąsiednich wsi  informacje o akcjach partyzanckich (zarówno polskich jak i UPA), pacyfikacje wiosek (polskich i ukraińskich), strach, wywózka,  powrót. W opowieściach nieobecni byli hitlerowcy, nie było okupacji niemieckiej, często marginalnie wspomniane było wejście Armii Czerwonej.

Każde kolejne spotkanie, każda rozmowa przynosiła nowe elementy do układanki, jaką jest historia tych terenów. Co to dla nas oznaczało? Przede wszystkim ukazywało rozdźwięk pomiędzy “ogólnopolską” narracją (także tą wypracowaną czy narzuconą w latach PRL) a narracją na poziomie lokalnym czy jednostkowym. Zestawienie kilku historii (nawet z jednej społeczności)  bardzo mocno uświadamiało jak niejednoznaczny może być obraz dziejów małej miejscowości i ich ocena przez rozmówców – rejestrowaliśmy opowieści, które na poziomie faktów były ze sobą zupełnie sprzeczne, podczas tych samych wydarzeń te same postacie dla jednych były agresorami, a dla innych obrońcami (jak w przypadku polskich i ukraińskich partyzantów). Dla jednych państwo polskie – zarówno II RP jak i PRL – było jak najbardziej własnym państwem, z którym się utożsamiali, inni – mówili o jakiejś odległej strukturze z dalekiej Warszawy, która pojawiała się u nich we wsi w postaci wojska i przynosiła represje. Historia opowiadana przez ludzi   wymyka się próbom łatwych uogólnień czy zawłaszczania jej przez różne nurty ideologiczne próbujące promować własne interpretacje dziejów XX wieku.

Zbieranie relacji osób, które ratowały Żydów podczas okupacji pokazało nam jak złudny jest mit o bohaterskiej postawie ogółu Polaków wobec Zagłady – to właśnie Sprawiedliwi wśród Narodów Świata najszerzej i najpełniej opowiadali nam o zjawisku szmalcownictwa, strachu przed polskimi sąsiadami czy przemocy wobec Żydów w trakcie i po wojnie. Z jednej strony nasz rozmówca do dziś wierzy w legendę o porywaniu przez Żydów dzieci na macę, z drugiej – ratuje swoich żydowskich sąsiadów przed esesmanami.  Jedni ludzie pomagają Żydom w czasie wojny, za to po wojnie biorą udział w wysiedlaniu Ukraińców, inni – do dziś płaczą wspominając deportowanych do USSR ukraińskich kolegów ze szkoły jednocześnie życząc np. Cyganom wszystkiego najgorszego.  Wielokrotnie od naszych  rozmówców słyszeliśmy też wplecione w opowieść slogany z komunistycznej propagandy lat 50. (dotyczy to np. Polaków oceniających deportacje ludności łemkowskiej czy ukraińskiej) czy ludowe mity (jak ciągle żywe legendy o mordzie rytualnym), a mimo to nie potrafiłabym określić postawy moich rozmówców jako “antyukraińskiej” czy “antyżydowskiej”.

Podsumowując – wielowątkowość, lokalność i niejednoznaczność nagranych relacji powoduje, że jest to fantastyczne tworzywo – ważne w procesie budowania tożsamości lokalnej (szczególnie w przypadku wsi o zupełnie innej historii i tożsamości niż ta “ogólnopolska”, nauczana w szkołach), a także jako uzupełnienie wiedzy podręcznikowej w procesie edukacji – zarówno formalnej jak i nieformalnej. Z drugiej strony jest to materiał dość trudny – ze względu na siłę dominującego dyskursu (o ile zebrane relacje w żaden sposób się w niego nie wpisują) czy obecność tematów silnie stabuizowanych, których poruszenie wiąże się ogromnymi emocjami w całej społeczności lokalnej.  Dodatkowo trzeba zauważyć, że niewiele jest w Polsce instytucji wyspecjalizowanych w nagrywaniu Historii Mówionej, co oznacza, że jeśli chcemy mieć zarejestrowane wspomnienia z naszej miejscowości często musimy sami je nagrać i opracować.

Na Ziemiach Zachodnich

W 2012 roku z inicjatywy Towarzystwa Inicjatyw Twórczych “ę” razem z Anną Dąbrowską przez tydzień pracowałyśmy z animatorkami chcącymi zbierać relacje Historii Mówionej w swoim miasteczku – Srebrnej Górze na Dolnym Śląsku. Był to czas kiedy z jednej strony same poznawałyśmy historię miasteczka i jej mieszkańców, z drugiej – dzieliłyśmy się z uczestniczkami zajęć naszymi doświadczeniami z pracy we wschodniej Polsce. Pod koniec cyklu warsztatów zaczęłyśmy wspólnie tworzyć kwestionariusz pytań, jaki byłby użyteczny podczas spotkań z rozmówcami w Srebrnej Górze. Punktem wyjścia były dyskusje nt. powojennych przesiedleń w Europie i przesiedleń w ogóle jako narzędzia represji. Zaczęłyśmy się zastanawiać kim byli przedwojenni mieszkańcy miasteczka, co po nich zostało, kiedy wyjechali i na ile zdążyli poznać nowoprzybyłych Polaków. Z kolei kim byli ci Polacy? Z jakimi nadziejami lub lękami jechali na Zachód?  Jak próbowali odnaleźć się w powojennym chaosie? Co było kluczowym doświadczeniem w życiu obecnych mieszkańców Srebrnej Góry – takim który dzieli czas na “przed” i “po” (jak “przed wojną” i “po wojnie”, “przed wywózką” i potem), jeśli tylko niektórzy srebrnogórzanie przyjechali tutaj zza Buga, a zdecydowana większość – dobrowolnie  z różnych części Polski?  I czy w ogóle można mówić o jakiejś wspólnej pamięci i wspólnej tożsamości ludzi, którzy przybyli na te tereny z całego kraju? W momencie kiedy kończyłyśmy warsztaty nie miałyśmy odpowiedzi na te pytania. Większość z nich  (a przynajmniej tych dotyczących tożsamości i wspólnej pamięci) nurtuje wielu naukowców i animatorów działających na zachodzie Polski i trudno powiedzieć jakie i kiedy zostaną udzielone odpowiedzi. Część z nich “wykuwa się” w działaniach animacyjnych i badawczych w społecznościach pojedynczych wsi czy miasteczek.

Jeśli miałabym zamknąć wiedzę na temat Historii Mówionej w jedną radę skierowaną do początkujących badaczy lokalnych historii – to byłoby to chyba: słuchać, nie oceniać, nie mieć gotowych schematów interpretacyjnych w głowie. Wierzę, że to się sprawdza -  zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie.

Aleksandra Gulińska – członkini lubelskiego Stowarzyszenia Homo Faber, gdzie zajmuje się edukacją międzykulturową dzieci i dorosłych oraz pomocą imigrantom i uchodźcom  w Polsce.


[1]    Paweł Smoleński, Łemko nie może bez lasów, w: Magazyn nr 42, dodatek do “Gazety Wyborczej” nr 245, wydanie z dnia 19.10.2000, str. 8.